Kobieta jest strażniczką domowego ogniska
Czyli jak zwabić nie do „matrymonialnego interesu”, a do miłości? Tajemnica Joanny, czyli tęsknota za ideałem.
Jesienią
tego roku minie dokładnie 10 lat jak poznałem Joannę. Muszę wam o tym
napisać. Niektórzy mówią, że tak naprawdę kocha się raz w życiu. Inni,
że każda miłość jest pierwsza. Należę do drugich, chociaż…? Zaraz
zrozumiecie.
Miłość jest jednoczesnym dawaniem i braniem, poczuciem szczęścia płynącym z faktu akceptacji przez tego, kogo kochamy i radością „posiadania” tego, kogo sami akceptujemy. Ale jest też nieustannym kompromisem. Trochę inaczej widzą to mężczyźni, trochę inaczej kobiety, lecz generalnie idzie tu o umiejętność – a jest to bez wątpienia wielka sztuka! – dostrzeżenia. Iż suma wartości, jakie daje nam wraz ze swą miłością partner (ka), jest istotniejsza od tego, iż niektóre spośród ofiarowanych nam danin nie zawsze satysfakcjonują w pełni i do końca.
Może to być np. ‘zbyt małe” (jak na nasze wyobrażenia o ideale) poczucie humoru, czy zbyt obfity biust, zbyt lekki stosunek do wartości materialnych lub zbyt trudne słownictwo na co dzień itp., itd. – ale godząc się na te nieuciążliwe w końcu minusy doceniamy plusy, a tych albo obiektywnie jest więcej, albo ich więcej widzimy. Uzupełniamy to przywiązaniem, wspólnotą życiowych interesów, wreszcie poczuciem lojalności i przyzwoitości wobec kogoś, kto z nami jest na dobre i złe, komu możemy ufać – i związek trwa, choć są chwile, czy dni, gdy marzy nam się odmiana. Nawet nie „odmiana” dosłownie: po prostu mała tęsknota za owym, świadomie przytłumionym, ideałem – w tym czy innym szczególe.
Teraz konsekwentnie należałoby powiedzieć o rozstaniach. No bo skoro umiałeś (łaś) i wszystko było OK – czemu nie jesteś nadal z nią (czy z nim)? Tendencją typową jest tu szukanie winy, w tym drugim. To na zewnątrz. Bo w głębi serca potrafimy przecież przyznać się do własnej niedoskonałości, słabości. Do popełnionych błędów, których potem żałujemy. Istnieją też – nazwijmy je tak – obiektywne powody rozstań. Są one najczęściej efektem naszego braku do-świadczenia, naszej nieobliczalnej emocji, wśród ludzi młodszych – pierwotnej fascynacji seksualnej. Na początku było cudownie – dopiero potem zaczęły się schody… Ze schodów tych spadamy w sfrustrowaną samotność, potem czas leczy rany i znów szukamy: może tym razem się uda? Po kilku, mniej lub bardziej bolesnych upadkach, zaczynamy też wspominać i analizować. Co było w tej (tamtym), że tak mocno utkwił (a) nam w pamięci? Dlaczego – niby, szukając – jednak w jakimś sensie tęsknimy do minionego?
Moja abstrakcyjna tęsknota ma na imię Joanna. Poznaliśmy się w Nowym Jorku, na jakimś przyjęciu. Była przyjaciółką żony gospodarza. Podczas rozmowy niezobowiązująco dała mi swój telefon. Na Gwiazdkę złożyłem jej życzenia. Nie proponowałem spotkania. To ona do mnie zadzwoniła. Dopiero w lutym. Jestem niedźwiedź, który zimą śpi. Teraz zbudziłam się w swojej norze i ponownie nawiązuję kontakty. Może wpadłby pan do mnie na kawę?
Skończyliśmy tę kawę w dwa lata potem, gdy musiałem wracać do kraju. Ona została, było jeszcze kilka telefonów i tak to się skończyło.
Nie, nie! Nie podejrzewajcie mnie, że tęsknię do osoby! To w końcu ja odszedłem od niej, potem chciałem wrócić, lecz ona już tego nie chciała i wówczas zrozumiałem jej motywy, przyznałem jej rację. Nie wróciłbym dziś do rzeczywistości Joanny. Ona już nie jest tą, którą była i ja nie ten sam. Do czego zatem tęsknię? Czym obdarowała mnie, gdy byliśmy razem, co chciałbym raz jeszcze otrzymać – od innej, której jeszcze nie znam? Myślałem o tym przez wiele dni i dziś ostrożnie, ale z pełną odpowiedzialnością formułuję: to był seks.
Nie była
dziwką, doświadczoną przez innych. Nie była (przedtem) mistrzynią figur,
wyrafinowanych pieszczot, nauczycielką rozkoszy. Przeciwnie. Była moją
uczennicą. A dokładniej: jeśli przedtem, cokolwiek o seksie wiedziała,
potrafiła przekazać jak niedoświadczona nastolatka, z tym wymarzonym
przez wszystkich mężczyzn podziwem i uznaniem dla moich w tym względzie
umiejętności.
W chwilach, gdy liżąc moje jądra, dłonią delikatnie
wodziła po penisie, gdy druga jej dłoń zastępowała wargi: podniecające,
szerokie, odrobinę „murzyńskie”. A te obejmowały mnie tam, gdzie
pragnąłem tego najbardziej i wsysały w głąb ust, wypełnionych ciasno mną
i jej roztańczonym językiem; gdy prosiła, abym całował jej (tak to
nazywała) „włącznik rozkoszy”, obejmując moją męskość obiema, unoszonymi
rękoma piersiami, a jednocześnie znów zlizywała pot z moich jąder;.
Gdy
szeptała chodź! Abym zagłębił się w jej wilgotne wnętrze i wprawiała
swe ciało w oszałamiające drżenie. Oplatając mnie długimi, szczupłymi
nogami i nigdy, nie nakazując, bym przyspieszył, cokolwiek lub zwolnił,
bym czekał, lub kończył – te słowa nie były nam nigdy potrzebne, bo
zawsze kończyliśmy w jednej, tryumfalnej chwili. Gdy dosiadała mnie tak,
abym mógł całować jej sutki lub tak, abym w rytm jej ruchów mógł
rozczesywać jej długie zwisające na plecach włosy; gdy dawała mi
niewyraźny, a jednoznaczny znak, abym zaczął kochać ją w głębi ciała.
Kończył zaś wytryskiem do ust – lub odwrotnie. Gdy wypinała swój
kształtny tyłeczek, z równą radością, przyjmując atak na którąkolwiek z
dziurek;.
Gdy w dni do miłości nie najlepsze prosiła zróbmy, to
razem – i pozwalała, abym się onanizował. Pieszcząc piersiami i jedną
dłonią mój woreczek mosznowy, gdy druga dłoń czekała na wyrzut spermy
wprost na jej twarz, po której rozmazywała ją ani na chwilę, nie
zamykając płonących, ogromnych oczu. Gdy na długo przed świtem budziłem
się niezapowiedzianą pieszczotą jej ust sprawiających, żem był gotowy –
nigdy wówczas nie dawała mi odczuć, że jest w tym wszystkim, w
namiętności. W wielkiej wiedzy o moim ciele – jej doświadczenie czy może
jej miłosny talent.
Choć dzisiaj wiem, że to ona prowadziła nas
ku obopólnej rozkoszy – wówczas ani przez chwilę nie odbierałem tego
inaczej niźli tak, że ja jestem jej mistrzem i przewodnikiem. Mówiła
niewiele, ale były to słowa, o których marzy każdy mężczyzna: kochasz
jak Casanova… Niczego na świecie tak nie lubię jak pieprzyć się z tobą… I
to była Wielka Tajemnica Joanny…
Miałem przed nią i po niej
wiele kobiet. Były piękne, namiętne i wprawne w najbardziej
wyrafinowanych pieszczotach. Z żadną jednak nie przeżyłem takiej
satysfakcji erotycznej, jak z nią. Kochałem? Te inne także niekiedy
kochałem. Nie była to zatem rozkosz płynąca z więzi nie tylko ciał, ale i
serc, choć na ogół jest to warunek niezbędny. Aby miłość fizyczna nie
była li tylko miłosną gimnastyką. Miała piękne ciało: pełne wargi
zmuszające do myśli o cudzie pieszczot oralnych. Prawie obfite,
sprężyste piersi, długie i szczupłe nogi ani jednego grama zbędnego
tłuszczu na brzuchu, ogromne płonące oczy. Delikatne i wprawne dłonie. I
(wówczas) lat 33. Ale piękne i młode ciała miały też inne. I były wśród
nich takie, które gorąco kochały. A jednak…
Tajemnica Joanny.
Jej wiedza, że aby otrzymać – należy dać. Dać wszystko, czego potrzebuje
wybranek – bezwarunkowo. Jej umiejętność przekazywania pragnień w
formie dyskretnej, delikatnej pozwalającej kochankowi wierzyć, że to on
jest dawcą szczęścia – poprzez dawanie rozkoszy i szczęścia jemu.Warto
czytać
Czytam anonse w” Seksretach”. Najbardziej przekonywające
są te mówiące o erotyce wprost. Przynajmniej od razu wiadomo, o co
chodzi. A inne? Toć to przecież spisy żądań i marzeń! Niekiedy wydaje
się, że ich autorki nie wierzą w gruncie rzeczy w istnienie królewiczów z
bajki – i dlatego tak wysoko stawiają poprzeczkę pragnień; zapisują
swoje sny, w zamian, nie oferując niczego, co mogłoby zainteresować tego
niezależnego materialnie, młodego ciałem i duchem, bez zobowiązań – za
to z samochodem!
Dziewczyny! Tacy są dawno zajęci! A jeśli który
wolny i szukający partnerki – zwabić go może tylko jedno. Zwabić nie do
„matrymonialnego interesu”, lecz do miłości: deklaracja (prawdziwa), że
znacie to, co nazwałem Tajemnicą Joanny.
Jestem człowiekiem
samotnym – z wyboru. Bywa jednak, że szukam. Trochę po omacku, trochę
bez przekonania. Czy istnieje kobieta, która potrafi to zrozumieć? Która
nie będzie „drugą Joanną”, lecz jest w stanie dać mi to, co sprawiło,
że tamtą zapamiętałem na całe życie? I będzie na tyle atrakcyjna, że nie
będę musiał z nią udawać rozkoszy, marząc o szczupłych nogach…
namiętnych ustach… zachęcających do pieszczot piersiach… A także z
kulturą i poczuciem humoru pozwalającym jej zrozumieć prawdziwy sens
tego trochę przewrotnego opowiadania, co należy rozumieć tak, że będzie
też miała… nie więcej, jak 35-40 lat?
O czym pisać
W
czasie ostatnich trzech lat kilka ogłoszeń zwróciło moją uwagę.
Wszystkie panie, do których pisałem. Zareagowały. Jedna przysłała
zdjęcia. Nie! Z inną spotkałem się. Rozejrzała się po moim domu i od
razu chciała się przy mnie „urządzić”; nie wiem, zwabił ją kominek, czy
bar z alkoholami? A może mój piękny pies? Nie! Wreszcie ostatnia, pełna
wiary, że ponieważ jest niezwykle bogata, będę leżał u jej stóp. Nie!!!
Pisały,
mówiły o wszystkim – tylko nie o tym, co najważniejsze. Dojrzały,
urządzony w życiu, samotny pan nie zdecyduje się nigdy na związek z
kobietą, która go nie pokocha – i której on nie pokocha. Będzie to
przecież ostatni bliski związek w jego życiu! Ów dojrzały pan wie o tym
życiu wiele. Może to przede wszystkim, że miłość istnieje. Że jest ona,
jak to ktoś pięknie powiedział, nie wpatrywaniem się w siebie, lecz
wspólnym patrzeniem w jednym kierunku. A także – i może nade wszystko –
Tajemnicą Joanny. Bo to kobieta jest strażniczką domowego ogniska. I
tylko jeśli zna tę Tajemnicę – powstać może najdoskonalsza podstawa
wspólnego życia: gdzie ty Kajus, tam i ja Kaja… Cała reszta będzie
skutkiem, nigdy zaś przyczyną. Bo tak naprawdę – nic innego jak SEKS
zwraca nas ku sobie i zatrzymuje nas przy sobie. Nie wiecie o tym?
Przecież obracamy się wśród Czytelników SEKSRETÓW! Seksrety 12/99.





















































Komentarze
Prześlij komentarz