Rozpustny Krol-Słonce

 

 Rozpustny Król-Słońce

Zmierzch i Poranek: Cień Króla-Słońce
1 września 1715 roku w Wersalu panowała duszna, ciężka cisza, przerywana jedynie szeptami dworaków, którzy w pośpiechu pakowali kufry. W swojej ogromnej sypialni, otoczony zapachem gnijącego ciała i kadzideł, umierał Ludwik XIV. Miał prawie 77 lat, z czego siedemdziesiąt dwa spędził na tronie. Gdy wydał ostatnie tchnienie, Paryż nie zapłakał. Przeciwnie – na ulicach wiwatowano, a w piwnicach libertynów strzelały korki najdroższych win. Śmierć „Wielkiego Monarchy” była dla Francji jak zdjęcie ciasnego, żelaznego gorsetu. Król-Słońce u schyłku życia stał się bowiem ponurym strażnikiem moralności, surowym sędzią cudzych sumień, który w każdym uśmiechu dopatrywał się grzechu.
Ironia losu polegała na tym, że ten sam człowiek, który pod wpływem pani de Maintenon zamienił Wersal w klasztor, wcześniej uczynił z niego najbardziej wyrafinowany dom publiczny Europy.
 
Edukacja w cieniu baldachimu
Zanim Ludwik stał się dewotem, był drapieżnikiem. Już jako dwunastoletni wyrostek, z polecenia matki Anny Austriaczki, zaczął bywać w salonach, gdzie jego dziecięca jeszcze zmysłowość budziła powszechną ekscytację. Jego pierwszą fascynacją była marszałkowa de Schomberg. Doświadczona kobieta, starsza od niego o kilka dekad, stała się obiektem niemal zwierzęcego uwielbienia chłopca. Ludwik, nie znając jeszcze dworskiej etykiety uwodzenia, działał instynktownie: kazał jej kłaść się obok siebie, gładził jej dłonie z nabożną czcią, a jego palce błądziły we włosach kobiety, która mogłaby być jego babką.
Dworskie damy, widząc to przebudzenie lwa, oszalały. Wersal stał się areną bezpardonowej walki o „zaszczyt” uświadomienia króla. Kobiety, które rano pobożnie szeptały modlitwy w kaplicy, wieczorami prześcigały się w bezwstydzie. Paradowały przed nim w szatach tak cienkich, że przypominały mgłę, „przypadkiem” potykały się, lądując w jego ramionach z głębokim dekoltem wystawionym na widok publiczny. Jednak to nie hrabina czy księżna skradła jego niewinność. Zrobiła to pani de Beauvais, znana jako „Jednooka Katarzyna” – pokojówka królowej matki. Wykorzystała moment, gdy piętnastoletni król wychodził z łaźni, parujący i bezbronny. To spotkanie otworzyło śluzę, której nikt nie potrafił już zamknąć. Saint-Simon pisał później z przekąsem, że od tego dnia Ludwik „kosztował wszystkiego, pod warunkiem, że była to kobieta”.
 
Fontainebleau: Labirynt Rozkoszy
Prawdziwe apogeum swobody nastąpiło w 1661 roku, gdy dwór przeniósł się do Fontainebleau. To tam Ludwik, płonąc namiętnością do Henrietty Angielskiej, żony własnego brata, stworzył system, w którym rozpusta była obowiązkiem państwowym.
Dni mijały na polowaniach, ale noce należały do Wenus. Wieczorne zabawy na świeżym powietrzu, przy świetle pochodni i dźwiękach orkiestry Lully’ego, regularnie przeobrażały się w masowe orgie. Król brał Henriettę za rękę i znikał w gęstwinie zagajnika, co było sygnałem dla reszty dworu. Wkrótce całe Fontainebleau drżało od „koncertu czułych westchnień”. Pod paprociami, na mchu, za posągami greckich bóstw – wszędzie tam kłębiły się ciała najszlachetniejszych rodów Francji. Jeden z kronikarzy, zszokowany skalą zjawiska, notował, że zabawy te „nabrały charakteru takiej rozpusty, że nie każde pióro ogrom jej opisać jest zdolne”.
 
 

 
 
Dni w Fontainebleau mijały w rytmie tętentu końskich kopyt i ujadania ogarów, lecz gdy słońce chowało się za linię horyzontu, las przybierał zupełnie inne oblicze. Muzyka Lully’ego, zazwyczaj dostojna i pełna dworskiego majestatu, nocą nabierała miękkości, stając się tłem dla spektaklu, o którym oficjalne kroniki wolały milczeć. Pod osłoną nocy, w blasku pochodni rzucających dygoczące cienie na posągi antycznych bóstw, dworska etykieta kruszała niczym suchy pergamin.
Ludwik XIV, młody, pełen wigoru i nienasycony, nie potrzebował słów, by dać sygnał do rozpoczęcia zabawy. 
Wystarczyło, że ujął dłoń Henrietty Angielskiej – żony własnego brata – i z drapieżnym uśmiechem pociągnął ją w stronę gęstego zagajnika. Henrietta, o porcelanowej cerze i oczach błyszczących od nadmiaru wina i podniecenia, nie stawiała oporu. Gdy tylko zniknęli między drzewami, sztywny gorset dworu pękł. Książęta, hrabiowie i damy o najznamienitszych nazwiskach ruszyli w ich ślady, szukając własnych ustronnych miejsc na mchu i wśród paproci.
 
W głębi lasu, tam gdzie zapach wilgotnej ziemi mieszał się z ciężkimi perfumami piżma, Ludwik nie był już królem, lecz żywiołem. Pod dębem, którego konary zdawały się chronić ich przed wzrokiem Boga, Henrietta opierała się o chropowatą korę drzewa. Jej suknia, arcydzieło krawieckiego kunsztu, została bezceremonialnie uniesiona, odsłaniając białe uda i jedwabne pończochy spięte koronkowymi podwiązkami. Król nie tracił czasu na dworne umizgi. Jego dłonie, przyzwyczajone do pewnego trzymania cugli, teraz z taką samą siłą błądziły po ciele szwagierki. Henrietta, odchylając głowę do tyłu, wydawała z siebie te same „czułe westchnienia”, które wkrótce miały stać się chórem całego Fontainebleau. Akt był gwałtowny, niemal pierwotny, daleki od wersalskiej sztuczności – był to triumf czystej biologii nad konwenansem.
 
Kilkanaście metrów dalej, za marmurowym posągiem Diany, hrabia de Guiche, znany ze swej urody i bezczelności, zabawiał się z dwiema damami naraz. Scena ta przypominała żywy obraz z zakazanych rycin. Jedna z kobiet, młoda markiza, klęczała przed nim na rozpostartym na mchu płaszczu, podczas gdy druga, wtulona w jego plecy, namiętnie kąsała go w ramię. W tym mikrokosmosie rozkoszy nie istniały hierarchie ani wierność małżeńska. Liczył się tylko dotyk, ciepło skóry i narastający rytm, który zdawał się współgrać z pulsującym echem bębnów orkiestry dobiegającym z oddali.
 
Fontainebleau tej nocy stało się jedną wielką, dymiącą od pożądania sypialnią pod gołym niebem. Pod paprociami, które łamały się pod ciężarem splecionych ciał, dochodziło do zbliżeń niemal zwierzęcych. Damy, które jeszcze kilka godzin wcześniej z powagą dyskutowały o teologii, teraz z rozmazanym różem na policzkach i rozsznurowanymi gorsetami, przyjmowały swoich kochanków w pozycjach, które wprawiłyby w osłupienie ich spowiedników. 
 
Niektórzy dworzanie, ogarnięci grupowym szałem, nie szukali nawet odosobnienia. Tworzyli kręgi ciał, gdzie granica między przyjemnością a bólem zacierała się w oparach alkoholu.
W innym zakątku ogrodów, przy fontannie, której plusk zagłuszał ciche jęki, pewna księżna krwi królewskiej, znana ze swej pozornej pruderii, oddawała się młodemu oficerowi gwardii. Jej dłonie kurczowo wbijały się w jego ramiona, a stłumione krzyki uciekały prosto w chłodną wodę basenu. Obok nich, na kamiennej ławce, dwóch kawalerów w perukach przesuniętych na bakier, obserwowało tę scenę z lubością, sami nie pozostając dłużni w pieszczotach, którym nie szczędzili sobie nawzajem, drwiąc z surowych zakazów kościelnych.
 
 

 
To właśnie te noce sprawiły, że kronikarze łamali pióra, nie mogąc oddać skali upadku. To nie była tylko zdrada – to była systemowa destrukcja moralności, której przewodził sam „Najchrześcijański Król”. Gdy nad ranem mgła zaczęła unosić się znad trawników, las oddawał z powrotem swoich mieszkańców. Wracali do pałacu boso, z liśćmi wpiętymi we włosy i ubraniami poplamionymi sokiem roślinnym i miłosnymi płynami. Szli w milczeniu, z twarzami zmęczonymi, ale nasyconymi, wiedząc, że za kilka godzin znów założą maski pobożnych dworzan.
Ludwik XIV, wracając do swoich apartamentów z Henriettą u boku, wyglądał na człowieka, który właśnie podbił nową prowincję. Dla niego te orgie były demonstracją władzy – władał nie tylko ziemią i ludźmi, ale także ich najbardziej wstydliwymi instynktami. W Fontainebleau, pod okiem Wenus, Król-Słońce udowodnił, że w jego królestwie nawet grzech musi mieć skalę godną monarszej wielkości.
 
 
Ta fasada elegancji kryła jednak zdumiewającą fizjologiczność. Dwór Ludwika XIV, uważany za wzór dobrych manier, w rzeczywistości tonął w oparach sprośności i braku higieny. Podczas uroczystych kolacji królowa Maria Teresa, z rozbrajającą szczerością, potrafiła opisywać mężowi i gościom szczegóły swojej menstruacji lub z detalami relacjonować przebieg ostatniej nocy spędzonej w królewskim łożu. Sam Ludwik miał poczucie humoru, które dziś uznalibyśmy za rynsztokowe. Uwielbiał dręczyć damy, wrzucając im do tortów włosy, owady czy inne obrzydliwości. Wybuchał perlistym śmiechem, widząc, jak wysoko urodzone księżne dławią się i wymiotują na jedwabne obrusy. A gdy pęcherze dworzan nie wytrzymywały trudów biesiady, rozwiązanie było proste: panowie bez zażenowania oddawali mocz na kunsztownie rzeźbione ściany korytarzy, a damy, z wprawą godną podziwu, kucały na zakrętach schodów, kryjąc się jedynie pod szerokimi stelażami spódnic.
 
Trucizny i Afrodyzjaki
Z czasem polowania na „przypadkowe” damy zastąpiły wielkie faworyty. Najpotężniejszą z nich była markiza de Montespan. Piękna, inteligentna i chorobliwie ambitna, wiedziała, że męska namiętność jest ulotna. Aby utrzymać króla przy sobie, sięgnęła po środki ostateczne: magię i chemię. Regularnie podawała Ludwikowi afrodyzjaki, mikstury z wysuszonych owadów i „napoje miłosne” przygotowywane przez okultystów.
Skutki były piorunujące, choć nie zawsze takie, jakich oczekiwała. Monarchę ogarniał niekiedy taki amok, że stawał się nieobliczalny. Panny dworskie, widząc króla w stanie permanentnego podniecenia, uciekały przed nim po galeriach Wersalu, tracąc orientację, „czego mają się trzymać”, by nie paść ofiarą jego gwałtownego apetytu. Wersal w tamtych latach przypominał kocioł, w którym mieszały się perfumy, pot i ambicja.
 
Wielka Przemiana
Kres tej epoce położyła kobieta, której nikt by o to nie podejrzewał. Francoise d’Aubigné, znana jako pani de Maintenon, weszła na dwór jako skromna opiekunka nieślubnych dzieci króla. Była absolutnym przeciwieństwem de Montespan – surowa, pobożna, ubierająca się na czarno. To ona, wykorzystując lęk starzejącego się króla przed śmiercią i sądem ostatecznym, dokonała niemożliwego.
Pod jej wpływem Ludwik XIV, dawny „rozpustnik na tronie”, popadł w religijną dewocję. Nagle Wersal spoważniał. Zlikwidowano huczne bale, wygnano jawne kochanki, a król, w akcie pokuty, odwołał edykt nantejski, uderzając w protestantów. Pruderia Maintenon triumfowała przez kilka dekad. Dwór stał się miejscem szeptanych modlitw i nudnych kazań, a starzejący się monarcha spędzał wieczory na czytaniu pism świętych. „Stare dobre czasy” wydawały się pogrzebane na zawsze pod ciężką warstwą czarnego aksamitu.
Powrót do natury
Śmierć Ludwika XIV w 1715 roku była jak pęknięcie tamy. Gdy tylko ciało króla spoczęło w Saint-Denis, Francja odetchnęła z ulgą, która graniczyła z euforią. Regencję w imieniu małoletniego Ludwika XV objął Filip Orleański.
Jeśli Ludwik XIV w młodości był rozpustnikiem, Filip był artystą upadku. Jako najbardziej rozwiązły człowiek w historii Francji, natychmiast przywrócił dawne zwyczaje, doprowadzając je do ekstremum. Wersal znów utonął w winie i pożądaniu, a okres Regencji stał się jednym z najweselszych i najbardziej niemoralnych rozdziałów w dziejach Europy. Duch Króla-Słońce mógł jedynie bezsilnie patrzeć z zaświatów, jak jego potomek z radością depcze wszystko, co pani de Maintenon tak mozolnie budowała przez lata.
Historia zatoczyła koło: po nocy surowości nastał ranek totalnej swobody, a francuski tron, choć osłabiony finansowo, wciąż pozostawał najbardziej pożądaną sypialnią świata.
 


















































 

Komentarze