Współczesna Pretty Woman
To fascynujące, jak ewoluowały nasze kody kulturowe i definicja elegancji. Tekst o „pięknej pani” Roya Orbisona skłania do refleksji nad tym, co straciliśmy, zamieniając celebrację kobiecości na współczesną dosłowność.
I bardzo mnie to cieszy! Że artysta, Roy Orbison, zwraca się w swym największym, i to od roku 1964, kultowym przeboju nie do jakiejś laseczki, dupeczki, towarka czy kumpeli, lecz do pięknej pani, choćby była ona bardzo nawet młodziutka... Dzięki TVP mieliśmy zresztą sposobność przypomnieć sobie niedawno nawet dwukrotnie znakomitą i wpadającą w ucho piosenkę. Ba! Przypomnieć sobie również, że wcale nie tak dawno posługiwaliśmy się jeszcze pojęciem "piękna pani", "dama", a nawet "młoda dama". "Dama" zresztą niekiedy powraca, gdy etykieta wymaga, aby tytułowana była jako pierwsza, a zatem mamy pierwsze damy w sferze sztuki, nauki, życia politycznego.
Od „Pretty Woman” do współczesnej damy
Zacznijmy
od owego kultowego „Oh, Pretty Woman”. To, że Roy Orbison w 1964 roku
śpiewał o kobiecie idącej ulicą z taką estymą, dziś wydaje się niemal
rycerskie. Słowo „pani” niosło ze sobą ładunek szacunku, którego nie
zastąpi żadne współczesne określenie. „Dama” nie była jedynie etykietą,
lecz obietnicą pewnej klasy, dystansu i smaku. Dziś to pojęcie
rezerwujemy niemal wyłącznie dla sfer dyplomatycznych czy wielkiego
ekranu, zapominając, że „młoda dama” to nie tylko kwestia wieku, ale
przede wszystkim postawy.
Akurat mi się przypomniało, co pierwsza dama filmu polskiego Beata Tyszkiewicz powiedziała niedawno na temat... pantofli: orzekła mianowicie, że eleganckie panie nie noszą tzw. klapek bez pięt. Istotnie, z takim klapkiem (czy klapką?) nie można, choćby się nawet chciało, kontynuować huzarskiego obyczaju picia z pantofelka szampana za zdrowie damy.
Beata Tyszkiewicz, wspominając o nieszczęsnych klapkach, dotknęła sedna sprawy. Elegancja to detal. Klapki bez pięt, choć wygodne, odzierają krok z tej specyficznej dumy, którą daje stabilny pantofel. I rzeczywiście – jak tu kultywować ułańską fantazję picia szampana z buta, skoro ten but ledwo trzyma się stopy? W tej anegdocie kryje się tęsknota za światem, w którym gesty miały swoją wagę, a atrybuty kobiecości były traktowane z niemal sakralną czcią.
Estetyka niedopowiedzenia
Lata 30. ubiegłego wieku to czas żelaznych zasad, które paradoksalnie potęgowały siłę przyciągania. Brak pończoch na ulicy był skandalem, a skromność sukni ślubnej – normą.
W latach trzydziestych ub. stulecia był to również obyczaj ułański. A skoro już jesteśmy przy obutej nóżce, warto może wspomnieć, że w owych latach trzydziestych nie wypadało paniom pojawiać się na ulicy bez pończoch i bez kapeluszy; szanujące się panny nie stawały przed ołtarzem w sukniach ślubnych głęboko dekoltowanych.
W tym gorsecie konwenansów rodziły się jednak ikony, które potrafiły ograć system. Josephine Baker i jej słynny bananowy pas budziły sensację, bo dotykały egzotyki i dzikości w świecie sztywnych kołnierzyków. Josephine Baker gorszyła najpierw publiczność podrygującym wokół wspaniałego tyłeczka wianuszkiem bananów, zanim uzyskała status megagwiazdy.
Z kolei Marlena Dietrich była najbardziej sexy w żakiecie, spodniach i w cylindrze. Udowodniła, że najbardziej zmysłowa kobieta to ta, która potrafi przywdziać męski cylinder i spodnie, nie tracąc przy tym ani grama wdzięku.
To była era erotyki niedopowiedzenia. Rita Hayworth w filmie „Gilda”, zdejmując jedną jedyną rękawiczkę, dokonała aktu bardziej elektryzującego niż niejeden dzisiejszy striptiz. Widzowie wstrzymywali oddech, bo to, co zakryte, działało na wyobraźnię silniej niż to, co podane na tacy.
Jeszcze w latach 5o. ub. stulecia erotycznie bulwersowała męską część widowni Rita Hayworth, powoli i zmysłowo ściągając na scenie... jedną długą, atłasową rękawiczkę. Dziś - ale to tylko moje domniemanie - być może nie bulwersują aż tak ściągane na scenie majtki. Dobrze to, czy źle?
Współczesność: czy odarcie ze złudzeń nas wzbogaciło?
Dziś granice przesunęły się w stronę pełnej ekspozycji. Skandalem nie jest już nagość, lecz jej brak lub specyficzny kontekst. Pytanie brzmi: czy zyskaliśmy na tej bezpośredniości? Kiedyś walka o „zdjęcie rękawiczki” trwała cały wieczór, dziś finał następuje natychmiast.
Zniknęła aura tajemnicy, która czyniła relacje damsko-męskie swego rodzaju spektaklem. Choć współczesna swoboda daje nam wolność wyboru, to jednocześnie oduczyła nas celebrowania detali. Może warto czasem wrócić do Orbisona i spojrzeć na kobietę nie jak na „towar”, ale jak na „piękną panią”, która zasługuje na to, by jej przejście ulicą było wydarzeniem godnym piosenki. Czy to dobrze, że majtki na scenie już nie dziwią? Może i dobrze dla wolności, ale na pewno gorzej dla magii, która karmi się tym, co niewidoczne dla oka.
Czytelniczka podpisująca się inicjałami L. H. pisze do miesięcznika "Elle" z niepokojem: "Kiedyż to właściwie rozpoczął się ten pospieszny, kobiecy pęd do obnażania się? Czy może nam się zdawało, że im więcej nagiego ciała udostępnimy męskim spojrzeniom, tym bardziej staniemy się upragnione? Adorowane? Kochane?". Nie jestem w tej dziedzinie ekspertem, ale kto nim jest? Jednakże wielokrotnie miałam sposobność słyszeć opinię panów, iż "pretty woman" (piękna pani) cokolwiek przyodziana budzi - jednak- silniejszą ekscytację erotyczną, niż pani całkiem goła. Zdaje się, że "w tym temacie" seksuolodzy są zgodni...
To, co opisuje czytelniczka L. H., to w istocie diagnoza współczesnego przesytu. Żyjemy w czasach wizualnej inflacji, gdzie nagość stała się walutą tak powszechną, że niemal straciła na wartości. Oto spojrzenie na ten problem z perspektywy elegancji, psychologii i... ułańskiej fantazji
Paradoks „Pretty Woman” i siła zakrycia
Pytanie
o to, kiedy zaczął się ten „pęd do obnażania”, dotyka fundamentów
naszej kultury. Czy faktycznie im więcej ciała, tym więcej miłości?
Doświadczenie i opinie panów, o których wspominasz, sugerują coś wręcz
przeciwnego. „Pretty woman” przyodziana, owiana tajemnicą materiału –
jedwabiu, atłasu czy dobrze skrojonego żakietu – pobudza wyobraźnię
znacznie silniej niż anatomiczny konkret.
Jeden z najznakomitszych pisarzy współczesnych, Umberto Eco
upublicznia
własny pogląd; skoro już rozebrało do naga, nie pozostaje nic innego,
jak zacząć się ubierać i to powinno ożywić seksualny wigor obojga płci.
Eksperci, w tym seksuolodzy, od lat powtarzają: erotyka karmi się
domysłem. To, co niedostępne dla oka, staje się polem popisu dla
fantazji. Gdy Umberto Eco sugeruje, że po epoce powszechnej nagości
jedynym ratunkiem dla wigoru płci jest ponowne ubranie się, dotyka on
ważnej prawdy – ubiór jest grą, rytuałem, a nagość totalna bywa po
prostu... nudna. Jest finałem, po którym nie ma już nic do odkrycia.
Roy Orbison i proza życia
Wróćmy
do Roya Orbisona. Jego zachwyt nad kobietą na ulicy jest autentyczny,
pełen atencji, a jednocześnie – jak słusznie zauważasz – podszyty
instynktem. To spotkanie „pięknej pani” i „mężczyzny z pragnieniem” jest
archetypowe. Jednak dzisiejsza interpretacja tego tekstu nabiera nowych
barw. Dama zawraca, ale czy to oznacza triumf adoratora?
W piosence Roya Orbisona -On zwraca się do Niej, ujrzanej przypadkowo na ulicy, z zachwytem, ale i z atencją, aczkolwiek zaprasza damę do siebie nie na filiżankę pysznej herbaty, ale zasadniczo w celach prokreacyjnych. Nie jest to oczywiście naganne, ale dość prozaiczne. Piękna pani odchodzi, po namyśle jednak zawraca... Co do finału, nie może On już jednak mieć całkowitej pewności, czy dama w istotnym momencie nie porzuci adoratora pod pretekstem np. włączonego żelazka lub nie nakarmionego chomika. Kobiety potrafią być okrutne.
Współczesna
kobieta, nawet ta nazywana „damą”, posiada oręż, którego dawne muzy
mogły jej zazdrościć: ironię i dystans. Pretekst o „niewyłączonym
żelazku” czy „głodnym chomiku” to nic innego jak manifestacja
niezależności. Kobieta może przyjąć zaproszenie, ale może też w
ostatniej chwili zmienić zdanie, zostawiając wielbiciela z jego piosenką
i rozbudzonym apetytem. To okrucieństwo? Być może, ale to także element
gry, w której karta „damy” bije kartę „zdobywcy”.
Kult „koteczki” i mądrość ludowa
Słów jeszcze kilka, na temat damskiej nagości, zwłaszcza, gdy wystawiana jest na widok publiczny. Otóż z zapałem godnym lepszej sprawy grupka internautów toczy bój na temat, czy "koteczka" damska winna pozostawać naturalnie owłosiona, czy częściowo, a nawet i całkiem wydepilowana...
Internetowe debaty nad tym, co pod spodem – czy „naturalnie”, czy „na gładko” – pokazują, jak bardzo drobiazgowa (by nie rzec: techniczna) stała się nasza fascynacja ciałem. Kiedyś detale takie jak owłosienie były sferą intymną, dziś stają się przedmiotem publicznych „bojów” internautów.
"Stara baba hyc, hyc kazała se wystrzyc, kazała se wygolić, by się lepiej p...lić."
Motyw zasługujący na uwagę!
Przytoczona ludowa przyśpiewka o „starej babie” dowodzi jednak, że temat ten nie jest wymysłem naszych czasów. Ludowość zawsze była blisko ciała, bezpruderyjna i dosadna, choć robiła to z humorem, którego dzisiejszym, śmiertelnie poważnym dyskusjom o depilacji często brakuje. Motyw ten pokazuje, że dbałość o „wdzięki” – niezależnie od epoki i wieku – zawsze podszyta była tą samą chęcią: bycia atrakcyjnym, budzenia pożądania, bycia „w grze”.
Podsumowanie: Gdzie podziała się klasa?
Problem
z dzisiejszym obnażaniem się polega na tym, że zapomnieliśmy o
kontekście. Nagość na scenie, nagość w internecie, nagość w reklamie –
to wszystko sprawia, że przestajemy dostrzegać „piękną panią”, a widzimy
jedynie „towar”. Beata Tyszkiewicz miała rację, broniąc elegancji
pantofla przed pospolitością klapka. Elegancja to nie tylko to, co
nosimy, ale i to, co decydujemy się zakryć.
Może faktycznie nadszedł
czas, by – za radą Eco – zacząć się znów ubierać? Nie z pruderyjności,
ale dla odzyskania magii spotkania, w którym „dzień dobry” powiedziane
damie w kapeluszu znaczy więcej niż tysiąc nagich zdjęć w sieci.
Czy ta nieprzewidywalność jest kluczowym elementem kobiecego uroku, o którym zapominamy w dobie szybkich randek?
Zdecydowanie tak. Nieprzewidywalność to fundament intrygi, bez której urok osobisty zamienia się w zwykłą, przewidywalną transakcję. W dobie „szybkich randek” i wszechobecnych algorytmów, gdzie profile randkowe serwują nam gotowe zestawy cech i zainteresowań, zapominamy o czystej przyjemności płynącej z powolnego odkrywania drugiego człowieka. To proces, który wymaga czasu, a nie jedynie przesunięcia palcem po ekranie.
Właśnie
ten moment niepewności – kiedy mężczyzna zastanawia się, czy „piękna
pani” faktycznie zawróci, czy może jednak wybierze domowe obowiązki i
owego nieszczęsnego „chomika” – sprawia, że relacja nabiera temperatury.
Dama, która świadomie dawkuje dostęp do swojego świata i emocji, buduje
napięcie, którego nie zastąpi żadna, nawet najbardziej śmiała
bezpośredniość. Kiedy wszystko staje się natychmiastowe, znika miejsce
na tęsknotę i wyobraźnię, które od wieków są paliwem dla prawdziwej
fascynacji.
To, co niedopowiedziane i skryte pod warstwą
elegancji, zawsze kusi mocniej niż to, co podane na tacy. Dzisiejsza
technologia, oferując nam iluzję pełnej wiedzy o drugiej osobie jeszcze
przed pierwszym spotkaniem, niemal siłą odebrała nam prawo do tej
uroczej niepewności. Zamiast romantycznej zagadki, otrzymujemy arkusz
danych. A przecież prawdziwy urok nie wynika z braku wad, lecz z
tajemnicy, która każe nam do kogoś wracać, by dowiedzieć się o nim
czegoś więcej. Bez tej magii zostaje nam tylko proza życia, pozbawiona
ułańskiej fantazji i dreszczu emocji, o którym śpiewał Orbison.
Czy w świecie zdominowanym przez social media możliwe jest jeszcze zachowanie jakiejkolwiek realnej tajemnicy.


















































Komentarze
Prześlij komentarz